kampania społeczna na rzecz akceptacji i wsparcia osób z niepełnosprawnością intelektualną

Zadanie jest współfinansowane ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych przekazanych przez Gminę Miasto Szczecin

Joanna Kalita, kl.VI

III nagroda w Konkursie

HIPOTERAPIA

 

Wydarzenie, o którym za chwilę opowiem, miało miejsce ciepłego, lipcowego dnia w pewnej szkółce jeździeckiej. Pamiętam, że stałam na maneżu, chwilowo zastępując trenerkę, w tumanach kurzu wzbijanego przez końskie kopyta. Stałam tak i wdychałam ten niepowtarzalny zapach siana i lata…

Nagle zobaczyłam, że do płotu podchodzi nieznajoma kobieta i niezdecydowanie opiera się o płot.

- Przepraszam! Mogę w czymś pomóc? – zagaiłam, podchodząc do niej.

- Chciałabym porozmawiać z instruktorką – rzekła

- Cóż, chwilowo ją zastępuję, ale pewnie zaraz przyjdzie – miałam rację. Po chwili z pomiędzy drzew okalających padok wyłoniła się osoba, o którą pytała kobieta.

Instruktorka widocznie znała tę panią, ponieważ powiedziała tylko, żebym jeszcze przez chwilę poprowadziła jazdę. Minęło parę minut,  i zobaczyłam, jak obie wracają. Nieznana mi kobieta prowadziła za rękę dziewczynkę o dziwnie skośnych oczach i jasnych włosach. Dziewczynka wydawała jakieś niezrozumiałe dźwięki.

- ASIA! – zawołała mnie trenerka – poprowadzisz dzisiaj zajęcia na lonży, dobrze?! – skinęłam głową, ale nim zdążyłam spytać, jakiego konia mam przygotować na tę lekcję, instruktorka odciągnęła mnie na bok i szeptem powiedziała:

- Ta dziewczynka, Alinka ma zespół Downa, więc lekcja będzie trochę inna. – Pamiętam do dziś (przyznaję, wstyd mi za to), że wzdrygnęłam się. Bałam się wtedy takich osób. I nawet chyba wiem dlaczego: było to dla mnie zupełnie obce, a jak powszechnie wiadomo, ludzie boja się nieznanego. „Raz kozie śmierć” – pomyślałam, „w końcu to jednak doświadczenie więcej”, przemknęło mi przez myśl i poszłam osiodłać Wikinga, sympatycznego kucyka o wygodnym, szerokim grzbiecie. Wróciłam na plac i zaczęłam zajęcia. I wtedy, kiedy dziecko dotknęło konia, stało się zupełnie inną osóbką. Znikła niepewność siebie. Alinka…była szczęśliwa! Śmiała się. W tamtej chwili zrozumiałam, że to czy ma się chromosom więcej lub mniej, nie ma żadnego znaczenia. Ludzie to ludzie, i niezależnie od tego, czy mają zespół Downa czy nie, chcą, by traktować ich normalnie. Nie chcą, by inni się ich bali. Uśmiechnęłam się do dziewczynki, a ona zachichotała radośnie.

- Świetnie ci idzie! – krzyknęła trenerka. Spojrzałam jeszcze na matkę Alinki i ze zdziwieniem i wzruszeniem ujrzałam, że po jej policzkach spływają łzy szczęścia.

Chcecie wiedzieć, co było dalej? Ja i Alinka zaprzyjaźniłyśmy się i co tydzień prowadziłam jej zajęcia z hipoterapii. Dziewczynka nabrała pewności siebie, a ja wyrobiłam sobie nowe poglądy na dzieci niepełnosprawne. A jeśli chodzi o współpracę z takimi dziećmi – to czysta przyjemność. Bo u każdego dziecka (nie liczy się tu ilość chromosomów) są pewne cechy, których brakuje wielu dorosłym – ufność, chęć nawiązywania kontaktu i radość życia.


Podaj Żółte Kółko - Kampania społeczna na rzecz akceptacji i wsparcia osób z niepełnosprawnością intelektualną
Iskierka - Koło Rodziców i Przyjaciół Dzieci z Zespołem Downa
Patroni medialni:
Partnerzy:
Przyjaciele:

Hit Counter provided by orange county plumbing